Czy mama pediatra wie wszystko o dzieciach ?

Czy mama pediatra wie wszystko
Czy jest zawód, który przygotowuje na macierzyństwo? Może mama pediatra wie wszystko o każdym dziecku? A może przynajmniej o swoich? Mnie być mamą lekarzem, jest niełatwo, może Dagmara Chmurzyńska Rutkowska-specjalistka chorób dziecięcych, w trakcie specjalizacji ogarnia lepiej temat? Znana z fantastycznego cyklu o szczepieniach, uchyla rąbka tajemnicy o swoim macierzyństwie.

Czy coś Cię zaskoczyło w byciu Mamą?

A co mnie nie zaskoczyło?  Największym zaskoczeniem do tej pory jest fakt, że moje dzieci – wszystkie tej samej płci, z tych samych rodziców, wychowywane w ten sam sposób – są totalnie różne. O ile przy najmłodszej, 3,5 tygodniowej manifestuje się to na razie tylko w totalnej miłości do mleka mamy, świetnym przybieraniu na wadze i wyjątkowo donośnym wrzasku przy zmianie pieluszki, o tyle przy starszych córkach praktycznie we wszystkim. Jedna jest typem myśliciela, uwielbia gry planszowe, puzzle, potrafi skupić uwagę na długie godziny. Jej wypowiedzi są przemyślane, a każda praca musi być wykonana od początku do końca. Druga rzadko kiedy chodzi – głównie biega. Robi kilka rzeczy na raz i żadnej do końca. Skupić się potrafi na 10 minut maksymalnie. Gada jak nakręcona, nie lubi czuć wiatru i deszczu na twarzy (ale pod prysznicem jest w stanie polewać sobie głowę i twarz obfitym, wodnym strumieniem). Jedna ma brązowe, druga niebieskie oczy. Jedna proste, druga pofalowane włosy. Jedna lubi ser, druga kiełbasę. Ale obie są uparte i gotowe walczyć w obronie własnego zdania (każda ma oczywiście inne). Już nie mogę się doczekać, aż trzecia córka pokaże swoją indywidualność.

Czy studia przygotowały Cię na posiadania dziecka?

Być może przygotowały odrobinę na nieprzespane noce. A tak na poważnie to może i dowiedziałam się sporo o chorobach wieku dziecięcego, o szczepieniach, o postępowaniu z noworodkiem, o jego fizjologii i wielu wielu innych. Ale nikt mi nie powiedział, że karmienie piersią nie jest wcale takie łatwe i trzeba się go nauczyć. Nikt mi nie powiedział, że na każde stęknięcie dziecka będę się budzić i sprawdzać czy oddycha. Nikt mi nie powiedział, że skoki rozwojowe płynnie przechodzą w bunty dwu-, trzy- cztero- osiemnasto-latka. Nikt mi nie powiedział, że dziecko może się bać swojej kupy w nocniku i odmawiać w związku z tym odpieluchowania. Nikt mi nie powiedział, że dziecko potrafi jednym spojrzeniem zmienić całą organizację dnia i wyprosić naprawdę, naprawdę wiele. Nikt mi nie powiedział, że te małe rączki wokół mojej szyi to takie niewyobrażalne szczęście. Na macierzyństwo, moim zdaniem nie da się przygotować.

Czy bycie lekarzem pomaga, czy przeszkadza w rodzicielstwie?

Absolutnie przeszkadza. 4 ostatnie lata studiów spędziłam na onkologii dziecięcej. Pokochałam ten oddział, dużo się tam nauczyłam, ale w psychice pozostał trwały ślad. Kiedy moje dzieci łapią się za nogę, mają gorszy apetyt, wybroczynową wysypkę (na przykład po kaszlu) to ja od razu widzę najczarniejszy, nowotworowy scenariusz. No i swoje dzieci leczy się najgorzej. Niewątpliwie jest to luksus, że nie muszę iść z chorym, gorączkującym dzieckiem do przychodni. Badam i leczę córki w domu. Ale kilka razy zdarzyło mi się prosić lekarzy z oddziału o zbadanie dziewczynek, bo wydawało mi się, że nie jestem obiektywna i leczenie powinno być na przykład bardziej intensywne. Z pacjentami też miewam dylematy, ale zdecydowanie rzadziej i zawsze sama znajduję wyjście z sytuacji.

Czy macierzyństwo zmieniło Twoje podejście do zawodu?

Pod wieloma względami. Na pediatrię zdecydowałam się pod koniec 5. roku studiów. Pierwszą córkę urodziłam jeszcze na stażu. Marzyłam o pracy na onkologii dziecięcej. Nie wyobrażałam sobie, że mogę znaleźć się w innym miejscu i tam chciałam rozpocząć specjalizację. Kiedy urodziła się Ania, miałam już pewne wątpliwości. Jak ja to pogodzę? Praca na tak ciężkim oddziale i macierzyństwo? Los tak chciał, że w momencie składania podania o specjalizację, na moim ukochanym oddziale nie było miejsc. Chciałam uderzyć do innej, sąsiedniej Kliniki, również w szpitalu akademickim, ale ostatecznie zdecydowałam się na „powrót” w rodzinne strony, do szpitala powiatowego.

Gdzieś z tyłu głowy miałam cały czas myśl o przeniesieniu, gdy tylko pojawi się taka opcja. „Posmakowałam” pracy w mniejszym szpitalu, „posmakowałam” takiej prawdziwej pediatrii, bo na typowym oddziale dziecięcym spotkać można dosłownie wszystkie choroby. Poukładałam sobie plan dnia tak, że sporo czasu spędzałam z córką. Trafiłam na znakomity personel lekarski, od którego uczę się każdego dnia. Nigdzie się nie przeniosłam. Nie wyobrażam sobie pracy w innym miejscu. Moje macierzyństwo na pewno wyglądałoby inaczej gdybym pracowałam w klinice. Myślę, że nie zdecydowałabym się na kolejne dzieci. Można powiedzieć, że macierzyństwo zmieniło moje priorytety. Zmieniło się również moje podejście do pacjenta. Czy raczej do jego rodzica. Sama, na początku mojej medycznej i rodzicielskiej drogi borykałam się z problemami. Chociażby kolka u mojej córki. Koszmar. Nie trafiłam wtedy za dobrze. Pediatra na zastępstwie. Ja, zestresowana płaczem córki, karmiąca piersią usłyszałam: „To pani wina, że ona tak płacze, bo to pani coś zjadła. A niektóre matki tylko o chlebie i wodzie. Musi Pani odstawić to, to i tamto skoro ona tak płacze”. Dałam się wpędzić w poczucie winy. Obiecałam sobie wtedy, że nigdy nie będę takim pediatrą. Macierzyństwo zweryfikowało w mojej głowie obraz rodzica.

Co jest najpiękniejsze w byciu rodzicem?

Chwile. Ta chwila kiedy słyszę po raz pierwszy słowo „mama” i ta, kiedy słyszę je 100 razy dziennie i zastanawiam się dlaczego zawsze „mama”. Ta chwila kiedy siedzimy razem przy stole, średnia córka zachwyca się „dużymi zębami” swojego taty i oddaje mu na talerz, częściowo przeżute jedzenie, bo „nie smakuje mi to”. Ta chwila kiedy najstarsza córka wspomina jak kiedyś bolał ją brzuch i informuje młodszą siostrę, że to nie jest fajne „bo jak się gorzej czujesz to musisz jeść same suche rzeczy, a to bardzo niedobrze jak nie chce Ci się jeść obiadu”. Ta chwila kiedy starsze córki kłócą się, która ma uczesać najmłodszą. Ta chwila kiedy na czystej bluzce ląduje zawartość żołądka noworodka. Ta chwila kiedy siedzimy razem przy świątecznym stole i milczymy, bo każdy zajada pyszne ciasto (a noworodek, dla odmiany ssie pierś). Ta chwila kiedy wszyscy jednoczasowo chcą do toalety, a ta jest w domu tylko jedna. Ta chwila kiedy po raz setny pada pytanie „a co”, „a dlaczego”, „a gdzie” i człowiek uświadamia sobie jak mało wie. Ta chwila, gdy wszyscy już śpią, mieszkanie wygląda jak po przejściu tornada, nie wiem gdzie jest mój drugi kapeć i czuję się po prostu szczęśliwa.

Jak w tym wszystkim udaje Ci się znaleźć czas na działalność internetową?

Sama sobie zadaje to pytanie kilka razy w tygodniu. Odkąd pojawiła się trzecia córka, to chyba czasowo nie ogarniam tego jeszcze tak dobrze jak wcześniej. Ale mam wrażenie, że im więcej obowiązków, tym lepsza u mnie organizacja. Blogowanie, to również mój sposób na usystematyzowanie wiedzy i mobilizacja do czytania najnowszych publikacji. Rodzice zadają całe mnóstwo pytań. Ilość maili i komentarzy czasami mnie przytłacza, ale to jest właśnie to, co mnie zmusza do nauki i dodaje mi energii.

Po raz kolejny przekonuję się, że nie trzeba wiedzieć wszystkiego o dzieciach, życiu, bo najwspanialsza w tym wszystkim jest wspólna wędrówka.Im bardziej jest się ludzkim, zakorzenionym w życiu rodzinnym, tym lepszym się jest lekarzem.