Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, lekarką, która pracuje w przychodni. Bardzo narzekała, bo większość jej pacjentów stanowią dzieci. Jako lekarz rodzinny ma obowiązek przyjmować dorosłych i maluchy. Tak się złożyło, że w okolicy ośrodka zdrowia mieszkają same młode rodziny, a w zespole brakuje pediatry. Oburzona stwierdziła, że przecież z takimi maleństwami powinno się iść do specjalisty!

Zanim miałam dzieci…

Pokiwałam ze zrozumieniem głową, bo znajoma jest bezdzietna, a sama pamiętam, jak zanim zostałam Mamą reagowałam na noworodki w gabinecie. Do dziś przechodzi mnie dreszcz przerażenia na wspomnienie 3 tygodniowego malca z rozległą ciemieniuchą, który został wniesiony z impetem przez oszalałą matkę. Nie dziwię się jej przerażeniu, całą główkę pokrywały równomierne strupy, a dziecko zanosiło się płaczem. Tak bardzo mnie to „straumatyzowało”, że swojego Bąbla po urodzeniu myłam codziennie, nie zapominając o dokładnej pielęgnacji główki, co pozwoliło nam uniknąć tej nieprzyjemnej dolegliwości. Na szczęście mieliśmy w lecznicy świetną specjalistkę chorób dziecięcych, do których odesłałam owego noworodka i wszystko skończyło się dobrze, a ja odetchnęłam z ulgą…

Mam dobrze, bo jestem lekarzem?

Moje „niemedyczne” koleżanki, które zwracają się z prośbą o pomoc w kwestii zdrowia swoich maluchów, zawsze podsumowują rozmowę: “Boże, jak Ty masz dobrze, bo jesteś lekarzem i się na tym wszystkim znasz, a jaka jest prawda? Cóż…”

Kiedy dowiedziałam się, że spodziewam się dziecka, pierwsze, co zrobiłam to przerażona perspektywą nieznanego pognałam do…wyszukiwarki, wpisując panicznie w google hasło: jestem w ciąży i co dalej?! Od razu wyświetliły mi się blogi i strony, które zaczęłam namiętnie przeglądać. Trzeciego dnia poszukiwań skapitulowałam poznawszy zatrważającą ilość miejsc, gadżetów, aplikacji, książek i akcesoriów, kosmetyków, które są niezbędne przyszłej matce. Jeszcze bardziej zagubiona stwierdziłam, że cały proces trzeba wziąć z opanowaniem i na logikę, wykluczając rzeczy zbędne.

Szpitalna wyprawka tematem na doktorat

Zaczęłam od tego, co znałam najlepiej, czyli książek i z całego serca polecam „W oczekiwaniu na dziecko” Heidi Murkoff. Przyznam szczerze, że porusza temat ciąży znacznie szerzej niż, niejeden podręcznik położnictwa. Ujmuje problemy w bardzo życiowy sposób. Poprzysięgłam sobie, że nie będę czytała poradników na temat wychowania, słowa dotrzymałam…aż do porodu. W międzyczasie zajmując się gromadzeniem wyprawki. Co okazało się materiałem godnym do napisania doktoratu, o ile nie od razu habilitacji. Sama kwestia znalezienia odpowiedniego wózka zajmowała nas tak bardzo, że przeprowadziłam wywiad wśród znajomych i rodziny, którzy mieli cokolwiek wspólnego z posiadaniem małych dzieci. Mówiąc krótko: ARMAGEDDON!

Nie powiem fachowa wiedza przydała się w kwestii rozwiewania różnych mitów dotyczących ciąży, jak na przykład szkodliwości częstych USG, czy spania jedynie na lewym boku. Obalanie ich żelazną logiką, ukrócało proces w zarodku, dlatego porady starszyzny skończyły się na dość wczesnym etapie, zmiażdżone autorytetem mojego zawodu. Dlatego nawet drzemki na brzuchu w towarzystwie poduszki dla ciężarnych uszły mi na sucho…

Jazda bez trzymanki

Nieuchronnie jednak zbliżałam się do porodu.Jak tutaj wyglądało zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością? O ile na zajęciach widziałam kilkanaście porodów, w tym cesarskie cięcia, o tyle będąc pacjentką przeżyłam coś zupełnie innego. Zaczęłam zauważać wiele trudności w komunikacji lekarz-pacjent i samym systemie zdrowia. Od tego momentu moje macierzyństwo okazało się „jazdą bez trzymanki”, gdzie wiedza ze studiów zaczęła być nieustannie weryfikowana… Z jednej strony miałam świadomość, że istnieją kwestie takie jak baby blues, problemy z laktacją, ale nie sądziłam, że wyglądają one właśnie tak i zdarzą się mnie, skoro byłam ich świadoma.

I się zaczęło…

Sądzę, że moja uczelnia nie była odosobniona w reklamowaniu karmienia piersią, jako najlepszego sposobu odżywiania noworodka i niemowlęcia. Dlatego nie sądziłam, że coś tak naturalnego i pięknego może okazać się trudne. Tymczasem nie dość, że początek był bolesny, to później pojawiły się problemy z przybieraniem na wadze malca, czyli padł na mnie blady strach! Mały płakał, a ja z mężem, nie wiedzieliśmy jak sobie z tym poradzić. Po kilku charakterystycznych objawach sama zdiagnozowałam nietolerancję mleka krowiego. Musiałam przejść na dietę bezmleczną, co dla osoby, której 80% posiłków stanowi nabiał było ogromnym wyrzeczeniem. Co więcej musiałam nadrobić braki z psychologii, bo mój starszy synek okazał się być bardzo wymagający i nieodkładalny. Jednak dzieki temu poznałam całą filozofię rodzicielstwa bliskości i…przepadłam

Ale to nie koniec…

Studia medyczne nauczyły mnie wytrwałości w chwilach, gdy mam poczucie bezsilności i tego, że wszystko mnie przerasta, tak dobrze znane chociażby z zajęć farmakologii. Okazało się być bardzo przydatne, kiedy mały nieustannie płakał z niewiadomej przyczyny. Niewyspanie na dyżurach, czy z powodu nauki po nocach, przypominało częste wybudzanie na karmienie. No i crem della crem-tzw. „syndrom trzeciego roku studiów”, kiedy każdy nowo poznany objaw choroby, skłaniał mnie do wyszukiwania pozostałych symptomów, bo na pewno jestem na coś chora. Kiedy coś się działo z synkiem już miałam przeprowadzoną w głowie całą diagnostykę z listą potencjalnych rozpoznań różnicowych.

Wiem co czujesz, też jestem matką

Już teraz wiem, co czuje Matka, która przerażona przychodzi do przychodni, bo dziecko gorączkuje i nie da się niczym zbić temperatury. Co to znaczy ząbkowanie i nieprzespane noce. Poznałam strach przed wysypką na całym ciele dziecka, lęk przed pobieraniem krwi czy szczepieniem. Uroki żłobkowego życia i licznych infekcji, wybrzydzanie niejadka, podsycane strachem dziadków. Wątpliwości, co do prawidłowego rozwoju psycho-ruchowego, postawy i wiecie, co? Jestem przez to lepszą matką i… lekarzem!

Doświadczenie macierzyństwa kompletnie mnie zmieniło, jako człowieka, zarówno prywatnie jak i zawodowo. Na wiele spraw patrzę zupełnie inaczej. Wiem, że coś, co sprawdzi się u jednego pacjenta, może wcale nie pomóc drugiemu z podobnym problemem. Nic nie trwa wiecznie, ani te chwile, które są trudne, smutne, przepełnione płaczem, ani te pełne sielskości i radości. Dlatego trzeba te pierwsze przetrwać, a drugimi się delektować. Po prostu i nie ma chyba zawodu, który przygotowuje na RZEŹ zwaną popularnie macierzyństwem.