W dziedzinie rodzicielstwa wszyscy jesteśmy ekspertami. Na celowniku: najlepsza metoda wychowawcza, w jej poszukiwaniu namiętnie wertujemy wszystkie dostępne książki i poradniki. Chcemy zapewnić naszym dzieciom wszystko, co najlepsze, szukając pomysłu na siebie, jako rodziców. Czasem mam wrażenie, że bronimy swoich poglądów silniej niż autorzy owych bestsellerów. Niejednokrotnie dyskusje są tak gorące, że chyba tylko dobre wychowanie chroni przed przejściem do rękoczynów w myśl popieranej idei.

Nieskromnie mogę stwierdzić, że odkryłam najlepszą metodę wychowawczą, choć przyszło to do mnie zanim jeszcze zostałam mamą, w smutnej historii, z krzepiącym przesłaniem.

Kilka lat temu podczas wakacyjnych praktyk w szpitalu pediatrycznym, w sali pełnej małych łóżeczek leżał przygaszony chłopiec, zupełnie sam. Nie umiałam ocenić ile może mieć wieku, na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie skończył roku. Niechętnie siadała, odwracał wzrok, by nie nawiązywać kontaktu. Zamknięty w swoim świecie, ustawicznie popłakując, jakby żalił się opowiadając historię swojego życia, w sobie tylko znanym, niemowlęcym dialekcie.

Nie widziałam jeszcze takiego dziecka, niemowlęta kojarzyły mi się z radosnymi, pulchnymi bobasami, które chętnie odpowiadały uśmiechem, ochoczo eksplorując otaczający świat. Tutaj nic nie pasowało… maluch miał na sobie przypadkowe ubranko, które wyglądało, jak z poprzedniej epoki, przygnębiająca szpitalna pościel jeszcze rzucała się w oczy swą ascezą z powodu braku osobistych przedmiotów i zabawek.

Pomyślałam, że pewnie malec trafił tu nagle i zapewne rodzice niedługo przyniosą mu domową wyprawkę, albo po prostu niedługo zostanie wypisane. Jakież było moje zdziwienie, kiedy koleżanka powiedziała, że chłopiec przebywa tu już 1,5 miesiąca, wychowuje go samotna matka, u której lekarze podejrzewają zastępczy zespół Munchausena. Wzywa ona, co kilka miesięcy karetkę do 1,5 rocznego synka, twierdząc, że ma napad padaczkowy, którego nikt poza nią nie widział… Cały oddział dobrze znał małego pacjenta i wszyscy zastanawiają się jaki będzie dalszy los malca, jeśli ich przypuszczenia się potwierdzą. Każda z nas, studentek próbowała w jakiś sposób umilić brzdącowi pobyt w szpitalu, nosiłyśmy go, głaskałyśmy po pleckach, próbowałyśmy zabawiać, ale jakby nie widać było żadnego odzewu…

Któregoś dnia zdziwiłam się, że nie zastawszy małego pacjenta w łóżeczku, rozejrzałam się po Sali, a w rodu stał(!) chłopiec, śmiał się radośnie do szczupłej kobiety, która czytała mu bajkę. Patrzył na nią jak zaczarowany, licząc na to, że chwila nie przeminie. Łaknął każdego jej słowa, robiąc jedynie przerwy na łapczywe przytulasy, między kolejnymi kartkami książeczki.

Za każdym razem, kiedy zaczynam wątpić w moje umiejętności rodzicielskie, staje mi przed oczami ta scena. Wtedy zrozumiałam jedno, że dzieci kochają rodziców bezgranicznie i nie można tego używać przeciwko nim. Po drugie do prawidłowego rozwoju dziecka potrzebne jest jedno: wzajemność tej miłości.

Łatwo powiedzieć, ale jak ją dać? Czy jest jeden uniwersalny sposób kochania, a co jeśli sami mało jej doświadczyliśmy w dzieciństwie? Czy można się tego nauczyć, skoro większość uznaje ją za oczywistość? Może faktycznie istnieje jeden uniwersalny poradnik?

Bardzo interesująco ujmuje temat w swojej książce „5 języków miłości” Gary Chapman. Dzieci potrzebują każdego z tych dialektów, dopiero wraz z dorastaniem i dorosłością, kształtuje się nasza indywidualna mieszanka języków, a oto one:

Słowa, pozytywne afirmacje

Proste słowo kocham i bardziej skomplikowane zapewnianie o uczuciach. Komplementy, słowa otuchy i wsparcia, wszystko to, co myślimy czując, a krępujemy się powiedzieć. Okazuje się niesamowicie potrzebne do rozwoju, szczególnie u osób, u których dominuje ten język

Dotyk

Nie tylko słowami żyje człowiek, czasem wymiar fizyczny uczuć jest niezbędny do szczęścia. Wydaje się najbardziej oczywista forma wspierania i kochania, czuły gest-przytulenie, głaskanie, bliskość ciała. Tulenie, noszenie w chuście, ale też całusy, gilgotki, wszystko to, co pozwala doświadczyć miłości.

Prezenty

Podarunki-te duże, na wyjątkowe okazje, ale też codzienne drobiazgi, które pokazują, że kochanie może mieć wymiar materialny, bo obdarzając nimi, myślimy o drugiej osobie. Poczynając od obiadu, bukieciku kwiatów, upominków ze służbowego wyjazdu, po kamyk, kryjący głębsze znaczenie tylko dla wtajemniczonych

Spędzanie czasu

To zdecydowanie mój język, gdy byłam dzieckiem lubiłam odrabiać lekcje, gdy w pokoju byli rodzice, po prostu siedzieli, zajęci swoimi sprawami, ale liczyła się sama ich obecność, od tak. Jednak można całymi dniami przebywać w jednym pomieszczeniu i zagłodzić osobę, której dominującym językiem jest wspólne dzielenie czasu. Tu chodzi, o jakość, nie ilość-wystarczy pół godziny-wspólny spacer, rozmowa, wyjście do kina, rodzinne rytuały jak np. niedzielne śniadania. Co bezpośrednio łączy się z kolejnym dialektem.

Przysługi

To najczęstsza forma okazywania uczuć przez rodziców-dzieciom, karmienie, przewijanie, kąpiel. Okazuje się, że zmywaniem, czy noszeniem zakupów też można okazać miłość, która bywa szczególnie trudna, jeśli druga osoba jej nie rozumie. W końcu obiad, to tylko posiłek, a sprzątanie wydaje się jedynie przytłaczającym obowiązkiem. Bez docenienia przez obdarowanego, czyni dającego smutnym niewolnikiem

Jak się okazuje języki są uniwersalne, jak sama miłość, tyczy się nie tylko relacji z dziećmi, ale nas samych i związków z innymi ludźmi. Online można zrobić test wykrywający nasz styl wyrażania uczuć. Czy jest to najlepsza metoda wychowa? Odpowiedzcie sobie sami, sądzę, że warto spróbować, najwyżej się popełnimy błąd w bardzo przyjemny sposób!