Każdy z nas słyszał, że Polacy to najlepsi lekarze, ale dopiero zostając młodą matką okazuje się, że na współobywateli naszego pięknego kraju można też liczyć w kwestii wychowania dzieci. To jest moja ulubiona część macierzyństwa-porady. Kto od razu nie czuje się raźniej, usłyszawszy rzuconą, niby przypadkiem sugestią na temat wychowania? Często od kompletnie przypadkowo spotkanych ludzi. Przecież to oczywiste, że wezmę sobie wszystko, co mówią do serca. Kogo, jak kogo, ale zupełnie nieznana osoba może całkowicie odmienić moje patrzenie na świat. Przecież to nie ważne, że obecnie jej dzieci mają 40-50 lat, albo lepiej, w ogóle ich nie posiada (skąd mam wiedzieć, przecież widzimy się pierwszy i pewnie ostatni raz), ale jej sugestie są decydujące. Ma w zanadrzu dwie niezaprzeczalne cechy: wiek i doświadczenie, które pozwalają jej ferować wyrok, co do każdej palącej kwestii rodzicielstwa.

Cóż sama jestem sobie winna…Przemykam ulicami Warszawy jak chodzącą reklamą noszenia dzieci. Raczej ich przenaszania, dramatycznego nabijania nadliczbowych godzin spędzonych w matczynych rękach. Noszę Frania w chuście, więc stojąc w kolejce w sklepie, albo czekając w przychodni tylko czekam na rzucone nonszalancko w eter: „a czy pani się nie boi?” (Próbuję udawać, że nie usłyszałam tak długo jak mogę). Zapada pełna napięcia cisza, po czym napotykam zatroskany wzrok, więc uprzejmie się dziwię, co miałoby być przedmiotem moich domniemanych obaw. Tutaj pada oburzone: jak to?! No, że dziecko z „tego” wypadnie. Póbują opanować wewnętrzną burzę, w mojej głowie rozgrywa się krótka gonitwa myśli, od czego zacząć tłumaczenie. Na ogół jednak nie zdążam otworzyć ust, bo pada sakramentalne: „z resztą, to niedobrze, tak dziecko nosić, bo się przyzwyczai.” I koniec sytuacja jest zaorana. Podstawowy błąd wychowawczy popełniony na gorącym uczynku, przynajmniej wiem teraz, że nie odwrotu i całe moje macierzyństwo zakończy się sromotną klęską.

Ten argument uwielbiam najbardziej, ciekawi mnie czy którąś z tych osób zastanawiała się czy rybę można przyzwyczaić do wody. Tak właśnie, przecież jesteśmy ssakami i nasze małe nosimy przez całe życie prenatalne w wodnym środowisku łona matki. Maluch ma to zapisane w dna, dziewięć miesięcy mieszkał sobie i przemieszczał wszędzie razem z nami. Na początku po prostu nie zna innego sposobu niż bycie wspólnie z Mamą. Tego pragnie i dąży po urodzeniu, by to odzyskać, a pierwsze trzy miesiące życie to taki dodatkowy trymestr adaptacyjny dla Bąbla, ODUCZAJĄCY noszenia.

Dlatego, żeby ten okres adaptacji umilić zdecydowałam się na chustowanie. Na początku nie obyło się bez protestów, bo na rączkach zdawało się wygodniej. Po kilku motaniach, nie było problemu i syn szybko zapadał w sen, a ja? Odzyskiwałam wolność, bo mogłam wyjść, sprzątnąć, oczywiście w towarzystwie malca, ale zawsze stanowiło to jakiś rodzaj swobody.

„Dziecko się przyzwyczai i nie poradzi sobie Pani z nim”. Oczami wyobraźni widzę, jak Franek lat 20 siłuje się ze mną, kiedy próbuję go włożyć do chusty i zanieść na pierwsze zajęcia na uczelni…On wrzeszczy „Mamo, robisz mi przypał…” Ja zalana łzami rezygnuję z potencjalnych rękoczynów i odchodzę w siną dal…No niestety nie reagowałam, na rodzący się problem, więc muszę ponosić konsekwencję mojej bezmyślności. Ale zaraz przecież to on miał cierpieć, coś mi się w tej wybujałej wizji pomyliło…

Każde dziecko jest inne, mój Franek był bardzo oporny na rodzicielstwo bliskości, które próbowałam zastosować, praktycznie od samego początku…

Bardzo szybko nauczył się spać we własnym łóżeczku, robi postępy w samodzielnym zasypianiu, jakoś nigdy specjalnie nie domagał się, nie robił histerii, żeby Go nosić…(wykluczam momenty ząbkowania, choroby i wizyt u dziadków, kiedy z lubością pcha się na ręce) I tutaj zdradzę wam mój sekret-codziennie staram się go chustować na 2 godziny. Wszystkie domowe obowiązki robimy razem, idziemy na zakupy, spotkania mam z dziećmi, albo spacer. Dlaczego? Bo zauważyłam, że jest dużo spokojniejszy, łatwiej zasypia, częściej się uśmiecha. Moje dziecko jest bardzo wrażliwe na dotyk, lubi, gdy z mężem jesteśmy w pobliżu, głaszczemy Go po twarzy, kiedy usypia, ja całuję Go chyba 1000razy dziennie i przytulam. Od tego też się uzależni? Już to widzę, jak w czasie późnej podstawówki, gimnazjum będzie się domagał matczynej czułości…jakoś nie słyszałam, żeby rodzice nastolatków skarżyli się na takie problemy wychowawcze…Ale cóż na ten temat jeszcze zdążę usłyszeć dobre rady…