Obuwie a odporność, wydaje się, że te dwie rzeczy pozornie nic nie łączy, nic bardziej mylnego…

Nauka immunologii

Nasz mózg jest zaprogramowany tak, że zapamiętuje rzeczy często powtarzane, albo absurdalne. Ze studiów pamiętam 3 rodzaje informacji zabawne, przerażające i niosące morał. Ostatnio przypomniała mi się opowieścią zawierającą wszystkie te elementy. Pamiętam jak dziś upalny letni semestr drugiego roku studiów, kiedy to mieliśmy zajęcia w klimatyzowanej sali Centrum Dydaktycznego na Trojdena dwa. Już same warunki pogodowe były ciężkie do zniesienia, ale miały się nijak do trudności przedmiotu, jakim była immunologia. Nie dość, że wiedza o układzie odpornościowym należy do niesamowicie skomplikowanych, to jeszcze każde zajęcia zaczynały się od kartkówki na wejście. Na szczęście w całym tym studenckim bólu trafił się nam niesamowicie sympatyczny asystent, który ciekawymi historiami z życia rzucał jak z rękawa, czym skutecznie umilał nam przyswajanie wiedzy z wymagającego przedmiotu.

Przy okazji omawiania zagadnienia szczepień i wytwarzania przeciwciał, podkreślił jak ważnym aspektem jest dbanie o rozwój odporności u małego dziecka.

Amerykanie a szczepienia

Na potwierdzenie przytoczył nam opowieść o czasach, gdy jako stypendysta wyjechał do Stanów Zjednoczonych i zauważył u tamtejszych rodziców tendencję do bardzo protekcyjnego wychowania. Zamiast wystawiać dzieci na kontakt z innymi maluchami i ich bakteriami, środowiskiem, mówiąc krótko brudem, starali się wychowywać brzdące w sterylnych warunkach. Gdyby mogli, oddzieliliby dziecko kloszem od reszty świata. Otóż wykładowca, który miał wtedy dwóch synów w wieku przedszkolnym poznał kiedyś z żoną, parę z małym bobasem. Kiedy spotykają się młodzi rodzice, wspólne tematy znajdują się błyskawicznie. Rozmowa toczyła się gładko i przyjemnie jednak zainteresowanie matki niemowlaka znacznie wzrosło, kiedy okazało się, że rozmówcy są lekarzami. Kobieta kompletnie zdominowała dyskusję wnikliwie wypytując o wszelkie zdrowotne wątpliwości. W pewnym momencie zaczęło się już robić dziwnie i niezręcznie, mąz kobiety ukradkowo ziewał, ale cóż pomyślał mój wykładowca, widocznie to normalne wśród Amerykanek, że są takie ciekawskie i bezpośrednie.

Tajemnicza metoda

Tak, jak podejrzewał na miłej pogawędce się nie skończyło i za kilka dni, wylądowali na small talku u zaprzyjaźnionego małżeństwa. Ośmielona domowym zaciszem gospodyni przyznała, że chyba niczego bardziej się nie boi niż zarazków, przerażają ją choroby dziecię, wysypki. Widmo infekcji u pierworodnego spędza jej sen z powiek. Dlatego na każdy sposób stara się im przeciwdziałać: kilkukrotnie wyparza butelki po każdym użyciu, poza tym w domu nie stosują mydła, a żel do dezynfekcji. Pozbyli się kota, kiedy tylko dowiedzieli się o ciąży (wszak dobro dziecka najważniejsze). Tu mój wykładowca lekko zażenowany zapytał:

-Jak w takim razie zamierzacie chronić malca przed zarażeniem od innych osób z otoczenia?

– Przecież zaszczepiliśmy go wszystkimi możliwymi szczepieniami. Dodała zadowolona z siebie amerykanka. Powiem więcej to przynosi efekty i mały, choć ma 9 miesięcy jeszcze nie chorował. Zdradzę wam, że to pewni zasługa mojego tricku-uśmiechnęła się tajemniczo.

-Po zaśnięciu zakradam się jego łóżeczka i przemywam mu łapki płynem do dezynfekcji-dodała triumfalnie

Prawda okazała się…inna

Atmosfera źle rozumianego nabywania odporności, zaczęła się zagęszczać, gdy nagle z korytarza doszedł huk przewracanych przedmiotów. Amerykanka zerwała się jak oparzona i pognała w kierunku dochodzącego dźwięku. Wszyscy pobiegli za nią, by sprawdzić przyczynę hałasu, a tam na podłodze siedział w najlepsze szkrab i bez zażenowania żuł buty nie oszczędzając podeszew. Zawzięcie skanował jamą ustną zarówno obuwie domowników jak i gości…

-Obawiam się Mary, że tajemnica odporności Waszego syna tkwi tutaj, w tym obrazku- mrugnął mój asystent porozumiewawczo do swojej żony

Życie…

Dziecko samo zawalczyło, by wyprodukować przeciwciała, kosztem konwenansów;) Owa historia przypomniała mi się, kiedy szukając mobilnego syna znalazłam go przy oficerkach Taty. Nie lizał jeszcze podeszwy, może lekko nagryzł język i machał sznurówką, ochoczo przy tym potrząsając. Najpierw trochę się zmartwiłam, ale stwierdziłam, że skoro są względnie czyste, może powinnam zaufać malcowi? W końcu dba o swoje zdrowie…

P.S Podczas pisania tego tekstu żadne obuwie nie uległo zniszczeniu, a przynajmniej tak mi się wydaje, co najwyżej znacznemu nawilżeniu… Dziecko po chwili odpełzło szczęśliwe. Tylko teraz pytanie: jestem złą matką czy dobrą? Wyrzuty sumienia biją się z wewnętrznym rozbawieniem…Sama już nie wiem…