Cała prawda o zabawkach edukacyjnych na podstawie mojego doświadczenia…chociaż może nie jestem w tym osamotniona. Na pewno doświadczyłaś tego wszechogarniającego uczucia-chęci posiadania. Gdy wchodzisz do sklepu z akcesoriami dziecięcymi. Ten dreszczyk podniecenia na widok uroczych malutkich śpioszków z uszami miśka, albo malutką drewnianą zabawkę, która cudnie pachnie świeżym drewnem. Instynkt łowcy włącza się automatycznie, co tu wybrać? Wszystko, dosłownie WSZYSTKO jest piękne, oczywiście dodajmy też, że absolutnie niezbędne dla życia dziecka…albo matki.  Niestety prawda wygląda, trochę inaczej…

Matki zachwyt

Moim ulubionym działem dziecięcym były (czas przeszły jest nieprzypadkowy) zabawki, szumnie nazwane edukacyjnymi. Półki aż uginają się pod wszelką maścią wielobarwnych maskotek, hojnie wyposażonych w piszczałki, szeleszczacze, uchwyty i inne pierdółki. Pierwszy raz, gdy je zobaczyłam zaparło mi dech! W podskokach wróciłam do domu i zaczęłam przeczesywać internet, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na temat tych cudeniek.

Po pierwsze można je podrzucać już niemowlęciu około 2 miesiąca, szczególnie te kontrastowe, czyli czarno-białe, czasem z domieszką czerwieni. Taka duża dyferencja barw przyciąga wzrok młodego osobnika, którego zmysł widzenia dopiero zaczyna się rozwijać. Mówiąc krótko-to szał dla młodej Matki, kiedy kilkumiesięczniak zainteresuje się czymś innym niż pierś…porównywalny z nominacją do nagrody Nobla w dziedzinie fizyki jądrowej. Rozpływasz się-gdy małe łapki wyciągają się w kierunku cudaka-pluszaka.

Zachwyt, zachwytem…

Zabawki są naszpikowane różnymi elementami wydającymi dźwięki. Szeleszczą, piszczą i dzwonią, dzięki czemu bobas niczym pies Pawłowa(!?) Zaczyna szukać źródła tych odgłosów, obficie się przy tym śliniąc (wszak jama ustna najlepszym obiektem do poznawania świata!)

Producent zadbał też o to by przed dziecięcym zmysłem dotyku nie ukrywać metek, nie tylko fabrycznych, ale dodatkowo wyposaża w różnego rodzaju materiałowe wypustki i węzełki. Mówiąc krótko, jako Matka jestem absolutnie oszołomiona i rzucona na kolana kreatywnością ludzi, którzy stworzyli te cuda…Niestety życie mnie oszukało…albo bardziej syn.

Owszem był czas, kiedy Franusz z namaszczeniem oddawał się zaślinianiu i nagryzaniu magicznych pluszaków, od kiedy stał się mobilny, coś się zmieniło…coś się skończyło…mam nadzieję nie bezpowrotnie, ale jednak. Syn przemierza bezkres naszego mieszkania w poszukiwaniu innych przedmiotów zabawy.

A dziecko swoje

Na tapecie obecnie znajdują się puste plastikowe butelki, które dostarczają niekończącej się rozrywki, w postaci szurania, uderzania i poklepywania. W ścisłej czołówce zainteresowania plasują się również foliowe torebki, Bąbel docenia zróżnicowanie w fakturze plastiku. Jedną próbował też zjeść, na szczęście proceder został udaremniony. Co jakiś czas, próbuję malcowi podrzucić jakąś zabawkę, co konsekwentnie spotyka się z ignorancją. Syn bez mrugnięcia okiem odrzuca tego typu pomysły by odpełznąć w sobie tylko znanym celu. Najczęściej okazuje się nim skrzyneczka, przy której próbuje stawać lub ewentualnie wyławia z niej skarby. Dzisiaj znalazł cebulę i obrał ją całkiem profesjonalnie jak na 7 miesięczniaka.

Serce Matki krwawi, wszak zabawki są edukacyjne, miały wspierać Bąbla w rozwoju…A tutaj okazuje się, że robi on postępy, mimo nich… Co zrobić? Miałam ponarzekać, zabawki leżą i się kurzą, nic to, poczekam, może Syn świadomie wybrał bardziej ekonomiczną wersję? Miejmy nadzieję, że tak mu już zostanie 😉