A gdyby to był twój ostatni dzień w życiu?

Większość Mam ma plany na urlop macierzyński, jedne będą nadrabiać braki w lekturze, inne odpocząć za wszystkie czasy wtulone w słodkiego maleństwa. Ja też oczami wyobraźni malowałam sielskie obrazy, tymczasem realia mnie przerosły i to niejednokrotnie. Rozczarowanie miesza się z żalem, że przecież nie tak to miało wyglądać..

Wydawałoby się wieczór jak każdy inny… Zmęczeni po całym dniu, padliśmy z mężem na kanapę w salonie. Przez kilka minut wpatrywałam się w sufit, myśli w szalonym tempie przebiegały mi przez głowę. Mimochodem, zaczęłam wspominać, co się wydarzyło w ciągu dnia, gdy nagle uderzyło mnie:

– A gdyby to był ostatni dzień Twojego życia?-Zapytałam nieco prowokacyjnie, sama zaskoczona, w jakim kierunku przebiegły moje rozważania.

-Żartujesz? Przecież było beznadziejnie… Odpowiedział Mąż między jednym ziewnięciem, a drugim.

Trudno było się z tym nie zgodzić, poranek niby zwyczajny… Franek łaskawie zaordynował pobudkę o siódmej rano. Jednak, kiedy wyjmowałam Go z łóżeczka, moją uwagę przykuły, wyjątkowo rumiane poliki, odruchowo przyłożyłam dłoń do jego czoła. Było zimne, zignorowałam, więc alarm w sercu i zaczęłam przygotowywać śniadanko dla malca. Troszkę bardziej marudny niż zwykle, z chęcią zabrał się do pałaszowania. W połowie miseczki, zorientowałam się, że podczas karmienia pojawił się nowy, nieznany wcześniej dźwięk…Obijania się łyżeczki o…coś twardego!

A jednak! Mamy ząb, ha! Nawet dwa na raz, szaleństwo, euforia! Czyli zły humor, który sporadycznie pojawiał się przez poprzedni miesiąc, nie był kantem. Bąbel faktycznie ząbkował, jak podejrzewałam. Traciłam jednak nadzieję, w wiarygodność tej diagnozy, bo nie było żadnych twardych dowodów…Od 3 miesiąca za każdym razem, gdy Malec miał gorszy humor zwalałam to na karb wyrzynania się mleczaków, które uparcie nie wyrastały. Rodzina po woli zaczynała poddawać w wątpliwość moje umiejętności diagnostyczne, więc w końcu dumna jak paw zaprezentowałam dwa przebijające się mleczne okazy.

Radość, zaczęła ustępować równie gwałtownie jak się pojawiła, wraz z nasilaniem się naburmuszenia synka, pod postacią wycia, chrząkania i popłakiwania. Drzemki z godzinnych, skróciły się do 20 minutowych. Malec budził się niezregenerowany i w coraz gorszym nastroju. Koło 11 stanęliśmy pod ścianą…trzeba się wspomóc farmakologicznie i zaaplikować lek przeciwbólowy. Pół godziny nieustającego wycia później, dla własnego bezpieczeństwa postanowiliśmy ewakuować się na spacer. Sprintem zbieraliśmy wszystkie manatki, w międzyczasie odziewając ryczącego Bąbla, jakbyśmy uciekali z płonącego budynku. Świat zewnętrzny podziałał kojąco na syna, który odpłynął w ramiona Morfeusza.

Jednak stres poranka został, nerwowa atmosfera udzieliła się w końcu i nam, rodzicom… Kilkukrotnie pokłóciliśmy się w sklepie o kwestie kluczowe w życiu, czyli: artykuły spożywcze oraz chemię gospodarczą. Po chwili zorientowaliśmy się, że awantura nie przynosi jednak zakładanych korzyści. Ogłosiliśmy, więc profilaktycznie zawieszenie broni- poprzez zatopienie zębów w pierwszym posiłku tego dnia, czyli zakupionej bułce (myślę, że głód mógł być czynnikiem spustowym scysji)

Po godzinnej przechadzce wróciliśmy z tarczą do domu, synusz wydawał się być spacyfikowany, jednak przeczucie, nadchodzącej katastrofy mnie nie myliło. Kiedy Mąż zamknął za sobą drzwi, wychodząc do pracy, ryk rozległ się na nowo, by trwać nieprzerwanie cztery godziny (a przepraszam były time-breaki na karmienie). Nosiłam Malca w chuście, bo tylko to skutecznie zbijało decybele, przynosząc nam obojgu spokój. Aż mały padł snem nocnym i przyszła ta upragniona chwila dla siebie w sypialni…

-Masz rację było ciężko, nie chciałabym, żeby to się powtórzyło-dodałam zgodnie.

-Właśnie, przecież cały dzień się kłóciliśmy i byłem zły na Franka, że marudził-dodał zmęczony po pracy Mąż.

-Tak, ale przecież nie nakrzyczałeś na niego. Jeśli to miał być ostatni dzień w moim życiu, to nie żałuję. Po każdej awanturze się pogodziliśmy i wspólnie stawiliśmy czoła wyrzynającemu się zębowi. Maluch został spacyfikowany całkiem bezkrwawo…

Może to nie był najpiękniejszy dzień w moim życiu, nic fizycznie się niby nie wydarzyło. Nie tak to jednak planowałam. Nie było sielanki, relaksu, czytania książek, radości wspólnego rodzinnego czasu. Przecież macierzyński w swojej nazwie ma to słowo urlop! A ja nie odpoczęłam niczego nie stworzyłam, nie odkryłam…po prostu przetrwałam. Przetrwaliśmy, razem…, bo jesteśmy w tym wspólnie, a w posiadaniu dziecka jest wiele trudnych momentów. Jednak po raz kolejny w życiu przekonałam się, że wyzwania, którym stawiam czoła uczą mnie najwięcej. Gdyby to był ostatni dzień w moim życiu, to nie żałowałabym, bo tak wyglądają realia moich marzeń o założeniu rodziny. Spędziłam tą dobę z bliskimi osobami i nauczyłam się, że miłość ma wiele języków. Czasem zaprzeć się siebie i kochać mimo wszystko znaczy więcej niż tysiąc słów.